niedziela, 27 marca 2011

Jakoś poszło!

Mój czwartkowy entuzjazm odnośnie udziału w biegu był mocno przesadzony. W piątek "drapanie gardła" zmieniło się w silny ból, doszła wysoka temperatura. Umówiłam się na sobotę na wizytę u internisty i pogodziłam z tym, że półmaraton co najwyżej pooglądam z okna. Jednak w sobotę rano było trochę lepiej, dlatego zamiast do lekarza pojechałam po pakiet startowy - na wszelki wypadek, gdyby mi się jednak polepszyło.

Niestety, niespecjalnie mi się polepszyło, dzisiaj rano miałam temperaturę 37,3 i bardzo silny ból gardła. Wiedziałam, że to niezbyt mądre, ale wzięłam podwójną dawkę Coldrexu, temperatura spadła i poszłam na bieg. Na miejscu spotkałam się z kontuzjowaną Avą w różowej sukience i kwietno-ptaszkowym wianku na głowie :-) Widziałam kilka innych przebranych osób, ale Wiosna chyba była najfajniejsza. Ale przyznaję, mężczyzna w  normalnej koszulce technicznej, biegowych legginsach i długiej platynowej peruce na głowie też mnie rozbroił. Ava planowała półmaraton przejść, ale tuż przed metą wyprzedziła mnie pędząc jak szalona :-)

Tak naprawdę do ostatniej chwili nie wiedziałam, czy półmaraton ukończę. Wiedziałam, że ból gardła może mnie zamęczyć, pamiętałam też zalecenie hematolożki, by się nadmiernie nie forsować, dlatego nawet nie próbowałam przyspieszać. W ogóle przez cały bieg mówiłam sobie: "ok, jeden kilometr honorowo przebiegnę i najwyżej odpuszczę", "no, nie jest tak źle, jakoś dobiegnę do drugiego", itd. Na czwartym kilometrze dopadł mnie okropny ból gardła, na szczęście wzięłam ze sobą tabletkę do ssania - trochę pomogła, więc postanowiłam dopiec do 5. kilometra. No i tak sobie dotruchtałam aż do mety :-)

Czas: 2:33:36 (to na stronie Półmaratonu to chyba brutto?). Zanim zaczęły dopadać mnie wszelkie możliwe dolegliwości planowałam 2:13 - 2:15, ale w obecnej sytuacji jestem całkowicie usatysfakcjonowana.

Na mecie byłam trochę oszołomiona. Wolontariusze poprosili mnie o zwrot chipa, chciałam wyjąć sznurówkę z buta żeby go wyplątać, ale wolontariuszka powiedziała, że nie muszę i zaczęła przecinać chip nożyczkami. Dobrodusznie powiedziałam jej, że może przeciąć też sznurówki, bo buty są już do wyrzucenia, zupełnie nie pomyślałam o tym, niby jak doszłabym do domu :-) Na szczęście wolontariuszka była trochę bardziej przytomna niż ja i zostawiła moje sznurówki w spokoju :-)

Generalnie było super, ani przez minutę nie żałowałam, że zdecydowałam się na bieg. Poza wysiłkiem, obawami, czy aby na pewno powinnam, było naprawdę bardzo przyjemnie :-)

czwartek, 24 marca 2011

Biegnę!

Straszne to było praktycznie do ostatniej chwili nie wiedzieć, czy będę mogła w niedzielę pobiec w półmaratonie, czy nie. A możliwość ta zależna była od tego, co mi powie hematolog. Okazało się, że nie mam żadnej nadkrzepliwości, mam za to anemię, standardową, "wegetariańską", taką z braku żelaza. Dostałam receptę na żelazo i tyle. Spytałam pani doktor, czy mogę normalnie uprawiać sport, powiedziała, że tak, ale bez nadmiernego forsowania się. Wyłożyłam zatem sprawę i spytałam, czy mogę biec 21 kilometrów w niedzielę :-) Powiedziała, że decyzja należy do mnie, chociaż ona by mi odradzała. A zatem moja decyzja jest taka, że biegnę, bo czuję się na siłach, ale wolno, na luzie, bez spinania się na czas. Gdybym czuła się bardzo źle, odpuszczę, ale już tyle biegłam i żadna szczególna krzywda mi się nie stała.

Przeziębienie już na szczęście odpuściło, ale drapie mnie gardło, mam antybiotyk  do oka, które przybrało ciekawy odcień czerwieni, no i wczoraj podczas treningu trochę stłukłam kolano, ale poza tym moja forma naprawdę jest szczytowa :-)

piątek, 18 marca 2011

Przymusowy tapering

Planowałam wcale się nie oszczędzać przed Półmaratonem Warszawskim i wykonać jak najwięcej biegów długich i niestety, zupełnie nic z tego nie wyszło! Po całej zimie bez żadnego przeziębienia dopadło mnie teraz. W niedzielę jak zawsze, kiedy czułam, że łapie mnie choroba wyszłam pobiegać, jednak tym razem nie przeszło. Po dziesięciu kilometrach byłam tak słaba, że "odpadłam", w domu okazało się, że mam stan podgorączkowy. Jeszcze się łudziłam, że przejdzie, ale niestety, skończyło się na zwolnieniu lekarskim i kilku dniach w łóżku.

W ten sposób zamiast biegać biję rekord świata w liczbie oglądanych dziennie odcinków seriali i przeczytanych gazet. Może szczególne forsowanie się przed półmaratonem niekoniecznie było pomysłem tygodnia, ale kilkudniowe leżenie i nicnierobienie jest jeszcze gorsze...

Poza tym robiłam niedawno badania krwi. Ku mojemu zaskoczeniu, wyniki, delikatnie mówiąc, nie są najlepsze. Zawsze wydawało mi się, że podstawowym objawem anemii jest ogólne osłabienie, szybkie męczenie się, itd. Tymczasem ja naprawdę nie narzekam na brak energii, a mam anemię i nadkrzepliwość krwi. A z drugiej strony, może to tłumaczy, dlaczego pomimo systematycznych ćwiczeń, zróżnicowanych treningów, interwałów, przebieżek i innych cudów, za nic nie mogę poprawić szybkości biegu... Anemia chyba często zdarza się u osób intensywnie uprawiających sport, a poza tym ja od ponad czterech lat nie jem mięsa i ryb - co chyba czyni mnie idealną kandydatką do choroby.  Jednak jeśli to tylko będzie możliwe, wolałabym pozostać przy dotychczasowej diecie. Nie zostałam wegetarianką z przyczyn ideologicznych, ja po prostu nie znosiłam mięsa od dzieciństwa. Zjedzenie najcudowniej przyrządzonej potrawy mięsnej jawi mi się równie atrakcyjnie co perspektywa wypicia szklanki płynu do mycia naczyń. W przyszłym tygodniu mam wizytę u hematologa. Mam nadzieję, że skończy się na jakiś suplementach z żelazem, a na przyszłość będę trochę częściej robiła badania.

czwartek, 17 marca 2011

Plusy zimowego biegania

Zima zakończyła się na dobre, a moje zimowe Asicsy są już spakowane i oczekują na kolejny zimowy sezon. Była to pierwsza zima, podczas której regularnie biegałam, wcześniej byłam przekonana, że treningi biegowe na śniegu są niewykonalne. A było to tak, że najpierw planowałam biegać wyłącznie na bieżni na siłowni wciąż wierząc, że na dworze się nie da. Potem jednak postanowiłam sobie, że chociaż raz w każdym miesiącu wyjdę z domu pobiegać. Potem zaryzykowałam i kupiłam zimowe buty do biegania i skończyło się na kilku treningach w tygodniu. Jestem przeszczęśliwa z powodu odkrycia, że bieganie jest sportem całorocznym i czas, by podsumować korzyści płynące z takich treningów:

1) Odporność na choroby - zawsze miałam problem z odpornością. W każdym sezonie jesienno-zimowym kilka razy lądowałam w łóżku na kilka dni z powodu przeziębień, zapaleń gardła i temu podobnych. Rok temu przeleżałam w łóżku prawie cały styczeń, z czego połowę na antybiotyku. Podczas tej zimy nie zachorowałam ani razu, chociaż kilka razy w tygodniu wychodziłam z domu w dwóch-trzech warstwach bluzek i bluz do biegania i truchtałam kilka-kilkanaście kilometrów. Kiedy czułam, że mogę być chora, po prostu wychodziłam pobiegać i... przechodziło. W którymś z zimowych numerów "Runner's World" czytałam o "zasadzie głowy" w przypadku przeziębienia - kiedy objawy choroby ograniczają się do głowy - katar, ból gardła - można biegać. Kiedy człowiek cały czuje się rozbity, osłabiony - należy sobie odpuścić.  Zasada ta w moim przypadku sprawdza się całkowicie. (Akurat teraz złapało mnie przeziębienie, ale zima właściwie już się skończyła, a że ostatni raz chora byłam w sierpniu - jak na mnie to naprawdę wyjątkowo rzadko).

2) Odporność na zimno - zawsze byłam zmarzlakiem. Było mi zimno częściej, niż innym. Ale teraz, np. po porannym przebiegnięciu 10 kilometrów w mrozie, w ciągu dnia naprawdę ciężko jest narzekać na zimno. Dopiero w tym roku zauważyłam, jak bardzo ludzie narzekają na pogodę - że za zimno, za wietrznie, że za dużo śniegu, że za mokro. Bieganie w każdych warunkach pogodowych jest tak przyjemne, że nawet po treningu zupełnie odechciewa się narzekać. Zresztą prawie nigdy tego zimna nie czułam, przecież wystarczy się ciepło ubrać.

3) Waga - mam naturalne skłonności do tycia, w efekcie czego zawsze wiosnę witałam z trochę większą liczbą kilogramów, niż bym sobie tego życzyła. Obecnie ważę trochę mniej, niż jesienią (a i jesienią ważyłam mniej niż zanim się porządnie zabrałam za bieganie), chociaż w ogóle się nie odchudzam i nie liczę sobie kalorii. Po prostu dzięki bieganiu samo tak wychodzi.

4) Radość z przebywania na świeżym powietrzu - nigdy nie trenowałam żadnego zimowego sportu, a wszelkie podróże odkładałam na ciepłe, wakacyjne miesiące. W związku z tym mój czas spędzony w miesiącach zimowych na świeżym powietrzu dotąd ograniczał się praktycznie wyłącznie do stania na przystankach i pospiesznym przejściu do pracy/domu/gdziekolwiek indziej. Ostatnio, z wyjątkiem naprawdę pojedynczych przypadków zimowych spacerów, wyjść z domu po to, by nacieszyć się śniegiem i fajną zimową pogodą zdarzyło mi się chyba ponad 20 lat temu, w ramach lepienia bałwanów i jazdy na sankach :-) Teraz bieganie po śniegu dostarczało mi mniej podobnej dziecięcej radości. Już pierwszy raz, kiedy z przesadną ostrożnością zaczęłam truchtać po śniegu wciąż nie dowierzając, czy się da, wiedziałam, że to będzie świetna zabawa i tak właśnie przez te kilka miesięcy było :-)

Więcej korzyści w tej chwili nie pamiętam, ale te są w zupełności wystarczające, aby za trochę ponad pół roku rozpocząć kolejny zinowo-biegowy sezon.

piątek, 11 marca 2011

Nie jest źle

Dzisiaj rano postanowiłam przebiec część tego, co będzie na półmaratonie, żeby się oswoić z trasą (ostatnio na bieg dłuższy niż 10-11 kilometrów wybrałam się ponad miesiąc temu!). Z Placu Zamkowego dobiegłam do Świętokrzyskiej, potem do Królewskiej, na północ do Mostu Gdańskiego, po drugiej stronie Wisły na południe do Mostu Świętokrzyskiego, z powrotem na drugą stronę Wisły, a tam już po swojemu do Mostu Łazienkowskiego, z powrotem na Pragę i do domu. Wyszło mi tego jakieś 16,5 - 17 km (rozrysowałam to na runmap.net i google.maps i wyszedł mi za każdym razem inny dystans), zajęło mi to 2 godziny i 3 minuty, a biorąc pod uwagę miliard przejść z sygnalizacją świetlną, przy których po drodze musiałam się zatrzymywać, nie jest źle. Biegło się na tyle dobrze, że już się nie mogę doczekać półmaratonu. A na przebiegnięcie całości trasy chyba się jeszcze przed 27. marca pokuszę.

Dzisiejsza trasa

wtorek, 8 marca 2011

Przedpółmaratonowa panika

Odkąd zaczęłam się przygotowywać do półmaratonu, miałam przed sobą jeszcze bardzo dużo czasu, a potem nagle zostało niecałe trzy tygodnie. Obrany przeze mnie plan treningowy dawno poszedł w zapomnienie, chociaż przynajmniej robiłam biegi krótkie a szybkie, oraz wolniejsze, a długie. I od razu przyznaję, że tych długich było zdecydowanie za mało. 

Muszę przyznać, że realizacja planu treningowego, jaki sobie obrałam, okazało się niełatwe. Pogodzenie go z resztą życia, pracą, niesprzyjającymi warunkami pogodowymi wyszło średnio. Przyznaję, że planu się nie trzymałam, ale źle nie było - przez całą jesień i zimę biegałam od trzech do pięciu razy w tygodniu.

I pomimo jako takiego przygotowania dopadła mnie przedpółmaratonowa panika. Wiem, że jestem w stanie przebiec taki dystans, nie stawiam też sobie żadnych wymagań czasowych (no, może chciałabym się zmieścić w 2,5 godzinach, ale to nie jest wygórowany wymóg), a mimo to im bliżej 27. marca, tym bardziej robi się nerwowo.

Dzisiaj obejrzałam sobie trasę:
http://www.polmaratonwarszawski.pl/trasa-polmaratonu
Tak się składa, że trasa tegorocznego półmaratonu przebiega po "moich terenach" - okolice Placu Zamkowego, oba wybrzeża Wisły pomiędzy mostem Gdańskim a Łazienkowskim - właśnie tutaj najczęściej biegam. Czy tylko ja tak mam, że znajomość terenu daje mi poczucie bezpieczeństwa, a przed tak długim biegiem w nieznanym mi mieście stresowałabym się nieporównywalnie bardziej?

Wszelkie biegowe porady nakazywałyby tuż przed startem wyluzować, zmniejszyć przebiegany dystans o połowę, by zachować siły na bieg właściwy. Chrzanię to. Im bardziej robi się wiosennie (a robi się bardzo wiosennie), tym bardziej nie mogę powstrzymać się od biegania. I nie zamierzam się powstrzymywać. W końcu tak naprawdę nie chodzi tu o realizację planu, a nawet przebiegnięcie półmaratonu, tylko o płynącą z biegania przyjemność. Postaram się tylko nie przemęczyć, nie zwiększać dystansu, nie zafundować sobie zakwasów. I jakoś to będzie.

P.S. W końcu zabrałam się za porządny trening siłowy. W zeszłym tygodniu miałam trening indywidualny z trenerem, dostałam też plan ćwiczeń, który mam realizować. Przyznaję, zakwasy po  tym treningu miałam niemałe, ale na pewno będzie lepiej :-)